(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 4".)
Gdyby ktokolwiek nas zapytał jaki kraj na świecie jest
najbardziej tajemniczy, prawdopodobnie mielibyśmy
poważne trudnosci z dokonaniem wyboru. Wszakże
wiemy o piramidach z Egiptu, o tajemniczych
kamiennych monumentach z Południowej Ameryki,
o Wielkim Murze Chińskim i o wszelkich owych
tajemnicach jakie go otaczają, itd. Nigdy byśmy
zapewne nie przypuszczali, że miniaturowe wersje
tych tajemnic z wszelkich innych krajów, można
także znaleźć w Nowej Zelandii. I tak Nowa
Zelandia w części zwanej Coromandel posiada
dwie małe piramidy, w lasach Kaimanawa
posiada ruiny kamiennej świątyni w stylu Machu
Picchu (jak te z Peru), w tzw. Northland posiada
ona miniaturę Wielkiego Muru Chińskiego,
posiada ona także własne miejsce eksplozji
jakie jest nawet bardziej spektakularne niż
słynna eksplozja Tunguska z 1908 roku z
Centralnej Syberii, a na dodatek do tego
wszystkiego posiada ona jeszcze wiele lokalnych
tajemnic jakie wcale nie występują w innych
krajach świata, oraz jakie w Nowej Zelandii mogą
być tanio badane przez wszystkich zainteresowanych.
Czyli owa popularna opinia o Nowej Zelandii,
że jest to kraj w jakim niemal wszystko jest
czyimś monopolem niedostępnym dla normalnej
kieszeni, oraz gdzie jedynie daje się zobaczyć 1000
owiec przypadających na każdego mieszkańca,
jest dosyć mylące. Problem leży jednak w
tym, że w sprawie tajemnic swego kraju
Nowozelandczycy są wyjątkowo nieśmiali
i skromni. Nie lubują się oni w przechwałkach
na temat posiadanych tajemnic. Szczególnie
jeśli tajemnice te nie są uznawane ani
wytłumaczalne przez dzisiejszą oficjalną naukę.
Raczej wolą zabrać swojego rozmówcę
na dobry kufel piwa, lub obejrzeć z nim
podniecający mecz rugby, niż wymądrzać
się w wyjaśnianiu miejscowych tajemnic.
W ten sposób, na przekór że kraj ten
dosłownie przelewa się tajemnicami,
ktoś musi mieć wiele szczęścia aby
cokolwiek znaleźć na ich temat w
miejscowych broszurkach turystycznych
czy w miejscowych oficjalnych publikacjach.
Część A:
Informacje wprowadzające tej strony:
#A1.
Czym jest niniejsza strona internetowa:
Niniejsza strona internetowa właściwie jest wstępnym raportem
który podsumowuje wyniki moich prywatnych badań
nad tajemnicami Nowej Zelandii. Jest ona nastawiona
na ujawnienie w jakich obszarach badania te zostały
dokonane, oraz jakie wyniki one wniosły. Ponadto
wskazuje ona gdzie dokładnie w moich monografiach
naukowych badania nad daną tajemnicą zostały opisane
bardziej szczegółowo i dostarcza darmowych
egzemplarzy tych monografii dla załadowania sobie
do własnego komputera. Strona ta wskazuje też dokładne
dane innych źródeł informacji związanych z daną
tajemnicą, takich jak artykuły w gazetach, nazwy miejsc,
itp. Poprzez dostarczenie tego wszystkiego, identyfikuje
ona te rodzaje tajemniczych widoków i zjawisk, które są
warte oglądnięcia w Nowej Zelandii. Wszakże nie daje
się niczego znaleźć na ich temat w oficjalnych przewodnikach
turystycznych. Podczas czytania o opisywanych tutaj
tajemnicach, warto sprawdzić ich położenie na mapach
Nowej Zelandii. Mapy te można znaleźć na stronie internetowej
www.linz.govt.nz.
Ponieważ jestem naukowcem który strannie bada każdą
z tajemnic opisywanych poniżej, razem z prezentacją
każdej z nich podałem również moje własne wyjaśnienie
dla mechanizmu jaki za tajemnicą tą się ukrywa.
Zapraszam każdego do zweryfikowania zasadności
tych moich wyjaśnień.
#A2.
Istnieje też alternatywny obraz Nowej Zelandii:
Jeśli ktoś zwiedza Nową Zelandię za pośrednictwem
jakiejś oficjalnej wycieczki poprzez biuro podróży,
wówczas ogląda tam standardowe widoki. Znaczy
przewodnicy pokazują ten kraj pełen tajemnic i
niewyjaśnionych zjawisk mniej więcej w następujący
sposób: oto gejzery Rotoruy - aby móc oglądać
podobne poza Nową Zelandią trzeba się wybrać
aż do Islandii albo do USA, oto świecące się glizdy -
wyglądają one niemal jak zakotwiczone w jednym
miejscu robaczki świętojańskie z Europy lub
świetliki "klip-klip" z Malezji, oto lodowce
wybrzeża zachodniego - aby zobaczyć podobne
trzeba się wybrać do Norwegii lub na Alskę, tutaj
turyści mogą nabyć nowozelandzkich owoców -
są one tu niemal równie tanie jak w sklepach,
tutaj wolno poglaskac owieczki - oczywiście
dopiero po wykupieniu tej atrakcji, itd., itp.
(Po przykład potraktowania przez biura podróży
patrz artykuł "Chinese get souvenirs, not the
Kiwi sights" (tj. w tłumaczeniu znaczeniowym
"Chińczykom oferowane są pamiątki, a nie
faktyczne widoki Nowej Zelandii") ze strony A5 gazety
The New Zealand Herald,
wydanie z piątku (Friday), January 25, 2008.)
Tymczasem w Nowej Zelandii można zobaczyć
też rzeczy których nie daje się zobaczyć w żadnym
innym kraju - tak jak niniejsza strona to
wyjaśnia. Większość też z nich jest do wglądu
za darmo. Trzeba jedynie wiedzieć gdzie
ich poszukiwać, oraz oczywiście trzeba
nieco zboczyć z ustalonych szlaków turystycznych.
#A3.
Cele do osiągnięcia poprzez niniejszą stronę:
Niniejsza strona ma na celu pokazanie alternatywnej
Nowej Zelandii. Znaczy pokazanie Nowej Zelandii
pełnej tajemnic, niewyjaśnionych zjawisk, naukowych
zagadek których niemal nikt nie bada, szokującej
historii której istnieniu oficjalnie się zaprzecza, itp.
Czyli zobaczenie tej unikalnej Nowej Zelandii, jaka
wcale nie jest powtórzeniem któregokolwiek z innych
miejsc na Ziemi.
* * *
Tak więc
proponuję rzucić okiem na te ciekawostki i tajemnice
Nowej Zelandii, które zdążyłem już przebadać i
przetransformować w poniższą ich prezentację.
Oto one.
Część B:
Konwencjonalne ciekawostki warte poznania i zobaczenia w Nowej Zelandii:
#B1.
Wykrywacz nadchodzących trzęsień ziemi - znaczy starożytny instrument jaki alarmuje
o zbliżającym się trzęsieniu ziemi zanim ono nas uderzy:
W Wellington, stolicy Nowej Zelandii, działa
narodowe muzeum Nowej Zelandii o nazwie
Te Papa.
(W chwili kolejnego aktualizowania tej strony
w styczniu 2008 roku wstęp do niego był
bezpłatny - podobnie zresztą jak do większości
innych muzeów Nowej Zelandii.)
Z ogromnej liczby eksponatów wystawionych
w owym muzeum, dwa polecałbym
do szczególnie uważnego oglądnięcia.
Są one bowiem rodzajami unikatów.
Jednym z owych eksponatów polecanych
tu do dokładnego oglądnięcie jest
zdalny wykrywacz nadchodzących trzęsień
Ziemi. Wykrywacz ten jest błędnie nazywany
"seismografem Zhang Heng'a". Dlaczego
ów zdalny wykrywacz gotujących się trzęsień
ziemi jest warty oglądnięcia, opisuję to w
niniejszym punkcie. Kolejnym eksponatem
wartym oglądnięcia jest motocykl John'a Britten.
Motocykl ten pokazany jest na "Rys. #B5"
poniżej, zaś opisany w punkcie #B3 tej strony.
Jak prawdopodobnie każdy jest już tego
świadomym, dzisiejsza nauka nie jest w
stanie przewidzieć trzęsień ziemi zanim
one nastąpią. Nasze dzisiejsze instrumenty,
nazywane "sejsmografami" wskazują
jedynie zaistnienie trzęsienia, jeśli trzęsienie
to już potrząśnie samym instrumentem.
Dlatego ujawniają one trzesienia ziemi
dopiero po fakcie - czyli kiedy już
dokona ono zniszczeń. Tymczasem
proszę sobie wyobrazić, że tak dawno
temu jak w roku 132 AD (czyli niemal
2000 lat temu), chiński genialny astronom
i matematyk o nazwisku Zhang Heng
zbudował urządzenie obecnie błędnie
nazywane
sejsmografem Zhang Henga.
(Tj. opisy tego urządzenia wskazywane
są przez wyszukiwarki jeśli nazwa "Zhang Heng seismograph"
użyta jest jako słowa kluczowe.) Było ono
w stanie ostrzec o zbliżającym się trzęsieniu
ziemi na długi czas zanim owo trzęsienie
uderzyło. Instrument tego geniusza jest
aż tak zaawansowany, że - jak wyjaśnię to
w dalszej części tego opisu, nawet dzisiaj
wyprzedza ono stan naszej obecnej nauki
ortodoksyjnej o co najmniej dalsze 100 lat.
Aby było jeszcze bardziej interesujące,
połowy wielkości replika tego cudownego
urządzenia znajduje się w Nowej Zelandii.
Może ona być ogladana w muzeum nazywanym
Te Papa,
a znajdującym się w Wellington. Ja
osobiście wierzę, że oryginalne urządzenie
jakie owa replika imituje, było jednym
z "technicznych cudów świata".
Gdyby w Wellington znajdowało się
oryginalne i pracujące takie urządzenie,
nie zaś jego wzrokowo-podobna replika,
Nowa Zelandia mogłaby dumnie stwierdzić,
że jest ono najbardziej zaawansowanym
urządzeniem technicznym na nowozelandzkiej
ziemi, oraz jednym z kilku nielicznych
cudów technicznych naszej planety.
Urządzenie Zhang Henga faktycznie było skonstruowane
w formie ozdobnej fontanny - patrz fotografia z "Rys. #B1"
obok. Kiedy też żadne trzęsienie ziemi nie
nadchodziło, urządzenie to działało również
jako ozdobna fontanna. Główny zbiornik na
wodę owej fontanny miał kształt parabolicznej
komory antenowej wykonanej z blachy miedzianej.
Kształt ten w przekroju pionowym przypominał
kształt dzisiejszych parabolicznych anten satelitarnych.
Miał on tą cechę, że skupiał on dokładnie w
swoim centrum większość promieniowania
jakie docierało do owej komory antenowej z
dowolnego miejsca na Ziemi gdzie właśnie
gotowało się jakieś trzęsienie ziemi. Do obwodu
bocznych ścianek tej komory antenowej przymocowanych
było osiem pysków smoczych, z których wypływała
woda. W każdym z tych pysków znajdowała się
ciężka metalowa "perła". Pod każdym zaś z tych
pysków smoczych ustawiona była mosiężna żaba,
która faktycznie była głośnym dzwonem ulanym
w kształcie żaby. Strumienie wody wylewające się
z pysków smoczych zakreślały w powietrzu łuk,
wpadając w otwarte pyski owych żab. Kiedy
jednak nadchodziło trzęsienie ziemi, wówczas
owa ciężka metalowa perła trzymana w pysku
smoka od strony z której nadchodziło to trzęsienie,
wypadała wraz z wodą i uderzała w mosiężną
żabę poniżej. Jej uderzenie powodowało, że
żaba (która faktycznie była głośnym dzwonem)
wydawała bardzo głośny dźwięk dzwoniący.
Dźwięk ten był właśnie alarmem ostrzegającym
o nadchodzącym trzęsieniu ziemi.
Zasada działania opisywanego tutaj urządzenia
bazuje na indukowaniu falami telepatycznymi
zdecydowanych różnic w tarciu wody wypływającej
z pysków owych smoków. W normalnym bowiem
przypadku, kiedy żadne silne trzęsienie ziemi
nie gotuje się w pobliżu tego urządzenia, woda
jaka wypływa z pysków owych smoków formuje
tzw. "wypływ laminarny". Wypływ ten jest doskonale
znany z małego tarcia. Woda ta swoim tarciem
nie jest więc w stanie wyrzucić ciężkich metalowych
pereł leżących w owych pyskach w równowadze
chwiejnej. Kiedy jednak gdzieś w pobliżu zaczyna
się gotować trzęsienie ziemi, tarcie warstw skalnych
indukuje potężne fale telepatyczne które docierają
do komory antenowej owej fontanny. Paraboliczny
kształt owej komory ogniskuje owo promieniowanie
na wlocie do jednej z rur doprowadzających wodę
do pyska smoka leżącego po stronie z której dane
trzęsienie ma nadejść. Energia tego promieniowania
telepatycznego zamienia teraz wypływ wody z owego
pyska z poprzedniego "wypływu laminarnego" na
tzw. "wypływ burzliwy". Wypływ zaś burzliwy ma już
na tyle duże tarcie, że wyrzuca on perłę z pyska
tego smoka. Z kolei upadająca perła podnosi alarm
dźwiękowy informujący wszystkich że trzęsienie
ziemi właśnie nadchodzi. Ludzie mają więc czas
aby uciec z budynków zagrożonych zawaleniem
przez to trzęsienie ziemi.
Niefortunnie dla nas wszystkich, oryginalne
urządzenie Zhang Heng'a zostało zniszczone.
(Nie powinno to dziwić, zważywszy co wyjaśniłem
o diabolicznych UFOnautach na stronie o
UFOnautach.)
Do naszych czasów przetrwały jedynie laickie
opisy ludzi którzy widzieli je w działaniu, jakie
wyjaśniają nam jak ono wyglądało. Jednak
kluczowe szczegóły działania tego urządzenia
pozostają nieznane. Szczegóły te, niestety,
muszą być wynalezione i wypracowane całkowicie
od początku (na szczęście ja jestem bardzo
dobry w takim powtórnym wynajdowaniu).
Dlatego też począwszy od słynnego 19-wiecznego
wynalazcy angielskiego, Dra John'a Milne,
który zbudował swój własny sejsmograf używany,
między innymi, w Nowej Zelandii, najróżniejsi
naukowcy ortodoksyjni spekulowali jak ów
"Zhang Heng seismograph" może działać.
Ponieważ patrzyli oni na owo urządzenie z
perspektywy ich własnej wiedzy, wyjaśniali
jego działanie na taki sam sposób jak działanie
dzisiejszych sejsmografów. Mianowicie, zgodnie
z nimi, urządzenie to wykorzystuje siły inercji
do wzniecania alarmu. Jedna z takich
wydedukowanych konstrukcji tego urządzenia,
pokazana została na rysunku dostępnym pod
adresem internetowym
international.tamu.edu.
W ich więc zrozumieniu, to cudowne urządzenie
działa niemal tak samo jak obecne sejsmografy.
Na podstawie tamtych spekulacji wykonali oni też
dzisiejsze repliki owego urządzenia. Jednak moje
własne badania nad ową repliką z Wellington,
a także analizowanie tego co wiem na temat
urządzenia Zhang Heng'a, wskazują jednoznacznie
że założenia które dzisiejsi naukowcy przyjmują
są całkowicie błędne. Wszakże starają się oni
opisać owo cudowne urządzenie jako prymitywną
wersję dzisiejszych sejsmografów działających
na zasadzie sił inercji. Tymczasem w rzeczywistości
urządzenie to wykorzystuje doskonałą wśród
starożytnych Chinczyków wiedzę na temat "chi",
lub - jak my dzisiaj je nazywamy - "fal telepatycznych".
Owo błędne wyjaśnienie inercyjne naukowców
ortodoksyjnych nie ujawnia pełnych możliwości
tego cudownego urządzenia, a na dodatek
wprowadza wiele konfuzji. Ponadto z powodu
swojej błędności, uniemożliwia ono zbudowanie
protypu który by zadziałał. (Wszystkie kopie
tego cudownego urządzenia które zbudowane
zostały przez dzisiejszych naukowców odmówiły
działania! Powodem było że dla nich wszystkich
naukowcy ci zakładali zupełnie błędną zasadę
działania opartą na siłach inercji zamiast "chi".)
Ja sam interesuję się tym urządzeniem od 1993
roku, czyli od czasów kiedy podczas swojej profesury
w Malezji usłyszałem o nim po raz pierwszy od
zaprzyjaźnionych Chińczyków. Niestety, nie zdołałem
wówczas ustalić gdzie jego oryginał się znajduje,
nie stać zaś mnie było aby polecieć do Chin i tam
go poszukiwać (dopiero niedawno dowiedziałem
się że jego oryginał został zniszczony). Jednak
skoro
Dr Pająk
nie mógł przybyć do sejsmografu,
sejsmograf przybył do Dra Pająka. W 2003 roku
całkiem niespodziewanie dla siebie znalazłem to
urządzenie w muzeum "Te Papa" odległym jedynie
o kilka kilometrów od mojego ówczesnego mieszkania.
Natychmiast też poddałem je analizom funkcjonalnym.
W wyniku swoich badań rozpracowałem odmienne
wyjaśnienie dla zasady działania dla "Zhang Heng
Seismograph". Wyjaśnienie to już opisałem parę
paragrafów wyżej, oraz streściłem je także w podpisie
pod ilustracją "Rys. #B1". Jest ono całkowicie odmienne
od tych zaproponowanych przez innych naukowców.
Bierze ono bowiem pod uwagę działanie fal telepatycznych,
na którym oryginalne urządzenie Zhang Heng'a
bazowało. Jak bowiem się okazuje, starożytni
Chińczycy wiedzieli znacznie więcej od nas o
falach telepatycznych. Referowali oni do nich
wówczas jako do energii "chi". Ponadto cała ich
wiedza na temat tzw. "feng schui" to faktycznie
wiedza o następstwach oddziaływania na losy
ludzi określonych rodzajów fal telepatycznych.
Stąd moje wyjaśnienie dla działania tego urządzenia
ujawnia, że do wykrywania trzęsień ziemi zaprzegnięte
w nim zostały włąśnie fale telepatyczne (chi).
To zaś umożliwiało aby trzęsienia te wykryć
na długi czas zanim zdołają one do
nas dotrzeć i dokonać zniszczeń.
Zgodnie z moimi oszacowaniami, opisany tu
telepatyczny wykrywacz nadchodzących trzęsień ziemi
wyprzedza stan dzisiejszej nauki ortodoksyjnej
o co najmniej 100 lat. Jest tak ponieważ nauka
ortodoksyjna potrzebuje co najmniej 50 następnych
lat aby się nauczyć czym właściwie są fale telepatyczne,
potem potrzebuje następnych 30 lat aby się nauczyć,
że nadchodzące trzęsienia ziemi zawsze wysyłają
ostrzeżenie uprzedzające - które przyjmuje właśnie
postać wiązki potężnych fal telepatycznych
(odbieranych w wyprzedzeniem
m.in. przez zwierzęta), a potem
jeszcze co najmniej 20 lat aby zbudować pracujące
urządzenie telepatyczne jakie wykorzystywałoby
tą wiedzę dla ostrzegania ludzi o nadchodzącym
trzęsieniu ziemi. Stąd jeśli już ktoś będzie w Nowej
Zelandii, wówczas sugerowałbym wstąpić do muzeum
nazywanego
Te Papa
aby zobaczyć na własne oczy ten starożytny cud
techniki, jaki na Ziemi zapewne zostanie zbudowany
nie wcześniej niż za jakieś 100 lat. (Technicznie
mógłby on być zbudowany już obecnie. Niefortunnie,
dzisiejszy wrogi dla nowych idei klimat naukowy
czyni to niemożliwym.)
Przy okazji omawiania tego cudownego urządzenia
w podrozdziale N6.2 z tomu 11 monografii [1/4],
przytaczam tam także kilka istotnych powodów,
dlaczego urządzenie to NIE miało prawa działać
na zasadzie inercji - czyli działać tak jak je obecnie
wyjaśniają ortodoksyjni naukowcy, a faktycznie
musiało działać na zasadzie fal telepatycznych
(tj. "chi"). Oto najważniejsze z owych powodów:
1.
Kształt. Wyprodukowanie w starożytności
komory rezonansowej o kształcie parabolicznego
lustra wklęsłego, o zarysie identycznym do
dzisiejszych satelitarnych anten telewizyjnych
było bardzo kosztowne i trudne. Zhang Heng nie
ukształtowalby więc swego urządzenia w aż tak
trudny sposób, gdyby użyta zasada działanie
tego nie wymagała. Tymczasem tylko urządzenie
działające na "chi" wymaga ściśle parabolicznego
kształtu. Urządzenia zaś działające na zasadzie
sił inercji (tak jak nasze dzisiejsze sejsmografy)
mogą mieć obudowę o dowolnie prostym kształcie,
np. zwykłej skrzynki.
2.
Fontanna. Jeśli owo urządzenie działa na zasadzie
sił inercji, wówczas wcale nie musiało być budowane
jako fontanna. Wszakże woda jedynie psułaby jego
inercyjne działanie. Jednak woda jest absolutnie
konieczna dla wykorzystania fal telepatycznych (tj. "chi").
3.
Położenie głów smoczych w połowie wysokości fontanny.
Gdyby ten instrument działał na zasadzie sił inercji,
wówczas wyloty dla strumieni wody wcale nie powinny
być wbudowane w połowie wysokości komory antenowej.
Wszakże gdyby wyloty dla wody były tuż przy dnie
komory antenowej wówczas uzyskiwane byłoby wyższe
ciśnienie wylotu, a stąd fontanna taka działałaby znacznie
lepiej. Za to wyloty wody w połowie wysokości komory
antenowej są absolutnie konieczne dla wykorzystania
fal telepatycznych. Wszakże właśnie w połowie wysokości
znajduje się punkt ogniskowy w jakim fale te są skupiane.
4.
Chi. Starożytni Chinczycy znali doskonale własnosci
"chi" (tj. fal telepatycznych). Jednak niemal nie posiadali
żadnej wiedzy na temat mechnanicznych drgań gruntu
i na temat sił inercji.
5.
Symetria. Urządzenia pracujące na zasadzie
drgań inercyjnych działaję symetrycznie - jako że
wibracje są zawsze symetryczne. Doskonale widzimy
to na dzisiejszych sejsmografach, w których rysowana
linia zawsze wychyla się o niemal tą samą wartość w
obu kierunkach z punktu równowagi. Stąd gdyby
urządzenie Zhang Heng'a pracowało na zasadzie
inercji, wówczas dwie (a nie jedna) "perły" musiałyby
zawsze wypadać z pysków smoków po przeciwstawnych
stronach urządzenia. Z kolei fale telepatyczne (tj. "chi")
powodowałoby że tylko jedna "perła" wypadała z pyska
tylko jednego smoka. Starożytne opisy efektów działania
tego urządzenia wyjaśniają, że zawsze wypadała z niego
tylko jedna "perła".
6.
Alarm dźwiękowy. Omawiane urządzenie służyło
podnoszeniu alarmu dźwiękowego - to właśnie dlatego
używało ono żab jakie wydawały głosny dźwięk bicia
w dzwon. Gdyby jednak było to urządzenie inercyjne,
wówczas podnosiłoby ono hałas tylko kiedy trzesienie
ziemi już nim wstrząsnęło. Jednak alarm w takim
przypadku wcale nie byłby już potrzebny, bowiem
towarzyszyłby on doskonale dla każdego widocznym
oznakom trzęsienia ziemi, takim jak np. zawalanie
się budynków, przesuwanie się i upadanie mebli,
kołysanie się podłogi, itp. Jedyne więc uzasadnienie
dla użycia alarmu dźwiękowego jest, jeśli był on
podnoszony na jakis czas przed nadejściem
właściwego trzęsienia ziemi, czyli jeśli urządzenie
to działało na zasadzie fal telepatycznych (tj. "chi").
* * *
Zauważ że można zobaczyć powiększenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej. W tym celu
wystarczy zwyczajnie kliknąć na tą fotografię. Ponadto
większość tzw. browser'ów które obecnie są w użyciu, włączając
w to populany "Internet Explorer", pozwala na
załadowanie każdej ilustracji
do swojego własnego komputera, gdzie można jej się do woli
przyglądać, gdzie daje się ją zredukować lub powiększyć,
a także gdzie ją można wydrukować za pomocą posiadanego
przez siebie software graficznego.
Rys. #B1: Powyższe
zdjęcie pokazuje telepatyczny wykrywacz nadchodzących
trzęsień ziemi - tj. instument zdolny do odbierania fal
telepatycznych wysyłanych przez gotujące się trzęsienie
ziemi i do podniesienia alarmu zanim
trzęsienie to uderzy. (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć
je w powiększeniu.)
(Odnotuj, że znacznie bardziej
dokładny opis tego niezwykłego urządzenia
zawarty jest na odrębnych stronach internetowych
seismograph_pl.htm, oraz
telekinesis_pl.htm.)
Zajmnie to nie mniej niż jakieś 100 dalszych lat
zanim dzisiejsza nauka ortodoksyjna nauczy się
jak budować takie urządzenia. Szokująco jednak
urządzenie takie zostało już zbudowane w starożytnosci
przez chińskiego geniusza o nazwisku Zhang Heng.
Wykorzystuje ono starożytną wiedzę chińską o tzw.
chi (czyli o "falach telepatycznych") dla
wzniecania wczesnych alarmów ostrzegających
przed nadciągającym trzęsieniem ziemi. Owe "chi"
czyli "fale telepatyczne" które ono wykorzystuje w
swoim działaniu, można sobie wyobrażać jako
rodzaj dźwięku lub światła, który:
(1) propagowany jest w odmiennym świecie,
(2) rozchodzi się z nieskończenie dużą szybkością,
(3) każdy obiekt jest dla niego przeźroczysty, stąd
przenika on przez obiekty nawet tak ogromne jak
ziemia czy słońce, oraz (4) częściowo odbija się
on od praktycznie każdej powierzchni. Nowa Zelandia
otrzymała replikę tego cudownego urządzenia
od zarządu miasta Beijing (Pekin) w Chinach.
Owa replika jest jedną z pierwszych jakie
udostępnione zostały poza granicami Chin.
Obecnie może ona zostać oglądnięta w muzeum zwanym
Te Papa
z Wellington - stolicy Nowej Zelandii.
Powyższe zdjęcie ilustruje również zasadę
działania urządzenia Zhang Henga. Jak to
wyraźnie widać z tego zdjęcia, urządzenie Zhang
Heng'a przyjmuje postać metalowej fontanny,
w której woda wylewa się z pysków ośmiu smoków
wprost do otwartych ust ośmiu spiżowych żab
(ropuszek) czekających poniżej. Smoki są
przymocowane do komory antenowej w kształcie
zbliżonym do dzisiejszych anten satelitarnych
oraz wypełnionej wodą. Osiem wlotów do rur
które doprowadzają wyciekającą wodę,
umieszczonych jest w pobliżu centrum tej komory.
Z tych punktów wlotu, woda doprowadzana jest
do ośmiu dysz wylotowych tej fontanny, jakie
ukształtowane są ozdobnie na podobieństwo
pysków smoczych, oraz rozmieszczone w
równych odstępach naokoło obwodu komory
rezonansowej. Pionowe umiejscowienie i
konfiguracja owych wlotów, rur, oraz pysków
smoczych jest tak dobrane, że woda jaka
przez nie przepływa wykazuje to co nauka
hydromechaniki nazywa przepływem
laminarnym. Aby być w stanie dokładnie
dostroić konfigurację pysków smoczych oraz
intensywność przepływu laminarnego wody,
specjalny pionowy drążek sterowniczy umieszczony
jest w centrum komory rezonansowej. Ów
drążek połączony jest ze szczękami poszczególnych
smoków za pośrednictwem układów dźwigni.
Mechanizm owego drążka i dźwigni służy
doregulowaniu siły przepływającej wody do
poziomu wymaganego dla wyrzucenia danej
"perły" z pyska trzymającego ją smoka. Dlatego
mechanizm ten służy także do regulowaniu
mocy trzęsienia ziemi jaka jest wymagana
aby podnieść alarm. Pechowo jednak,
dzisiejsi ortodoksyjni naukowcy interpretują
ów drążek jako inercyjny mechanizm wyzwalający,
podobny do tego używanego w dzisiejszych
sejsmografach.
Aby wszcząć alarm poprzedzający trzęsienie
ziemi, w pysku każdego smoka umieszczona
jest ciężka metalowa "perła". Wielkość, ciężar,
oraz kształt tej perły jest tak dobrany, że w
normalnym przypadku laminarny przepływ
wody nie wyrzuca jej z pyska danego smoka.
Jednak tzw. "przepływ burzliwy" powoduje
wypadnięcie tej perły z pyska smoka i jej
wpadnięcie do otwartego pyska żaby siedzącej
poniżej owego smoka. Miedziana komora
antenowa posiada tak zaprojektowaną
krzywiznę swoich parabolicznych ścianek
bocznych, że ścianki te formują dla fal
telepatycznych rodzaj "lustra parabolicznego".
(Starożytni Chińczycy doskonale byli obznajomieni
z falami telepatycznymi, jakie oni nazywali "chi".)
Owo lustro paraboliczne odbija fale telepatyczne
i koncentruje je na wlotach do rur które
dostarczają wodę do pysków poszczególnych
smoków z przeciwstawnej strony komory.
W normalnych jednak okolicznościach,
owe fale telepatyczne mają zbyt małą energię,
a ponadto zbyt mała amplitudę oraz niewłaściwą
częstotliwość, aby zakłócić przepływ laminarny
wody przez usta któregokolwiek ze smoków.
Jeśli jednak nadciąga trzęsienie ziemi,
wówczas trzęsienie to wzbudza potężne
spiętrzenie fal telepatycznych ("chi"). Fale
te mają energię oraz częstotliwość do jakiej
komora antenowa została dostrojona. Amplituda
i energia owych fal skoncentrowana na
wlocie do rury która doprowadza wodę
do pyska określonego smoka jest wystarczająco
silna do zakłócenia "przepływu laminarnego"
wody, oraz do przemienienia tego przepływu
w tzw. przepływ burzliwy. Jak nauka
hydromechaniki nas uczy, przepływ burzliwy
formuje znacznie wyższe siły oporu i tarcia
niż przepływ laminarny. Stąd ów przepływ
burzliwy jest w stanie wyrzucić perłę z pyska
danego smoka. Perła wpada do pyska żaby
siedzącej poniżej. Z kolei owa żaba jest faktycznie
rodzajem głośnego spiżowego dzwonu. Stąd,
jeśli ciężka metalowa "perła" wpada do niego,
dzwon ten wydaje bardzo głośny sygnał alarmu
na zbliżające się trzęsienie ziemi. Stąd każdy
wie, że potężne trzęsienie ziemi nadchodzi,
każdy przygotowuje się więc na jego nadejście.
Ponieważ krzywizna komory antenowej
odbija fale telepatyczne jak wklęsle lustro z
powrotem w kierunku z którego one nadeszły,
pojedyncza perła która wypada z pyska
smoczego wskazuje także dokładny kierunek
z jakiego owo trzęsienie ziemi wkrótce nadejdzie.
Stąd urządzenie pokazane powyżej nie tylko że
informuje iż potężne trzęsienie ziemi właśnie
nadchodzi, ale także informuje z jakiego kierunku
ono wkrótce przybędzie (stąd także czy np.
jest ono w stanie wzbudzić fale tsunami,
obsuwiska ziemi, itp.).
Jeszcze bardziej precyzyjne opisy konstrukcji
i działania powyższego urządzenia znajdują
się w podrozdziale N6.1. z tomu 11 monografii
[1/4]. Z kolei informacje na temat fal telepatycznych
jakie dobrze jest poznać dla lepszego zrozumienia
działania tego urządzenia zawarte są w podrozdziale
H7.1 z tomu 4 monografii [1/4]. (Monografia [1/4]
dostępna jest nieodpłatnie za pośrednictwem
niniejszej strony internetowej.)
* * *
Opisany powyżej telepatyczny sejsmograf
wnosi możliwość uratowania od niechybnej
śmierci niezliczone liczby ludzi którzy żyją
na obszarach jakie w przyszłości dotknięte
zostaną gwałtownymi trzęsieniami ziemi.
Ponadto posiada on ogromny potencjał
komersyjny. Jeśli więc jego cena zdoła
zejść do poziomu dzisiejszych domowych
wykrywaczy dymu, niemal każda rodzina
będzie chciała go posiadać w swoim mieszkaniu.
Wszakże z wyprzedzeniem wystarczającym
dla skutecznej ucieczki, ostrzegał on ją będzie
przed ewentualnie nadchodzącym trzęsieniem
ziemi. Dlatego obecnie, kiedy jego prawdziwa
zasada działania jest już poznana, czas
abyśmy zakasali rękawy, przetłumaczyli tą
zasadę działania na dzisiejszy poziom
technologii, oraz podjęli seryjną produkcję
tysięcy takich urządzeń.
"Seismograf Zhang Henga" jest opisany w całym
szeregu źródeł. Niezależnie od powyższego opisu
omawia go również podrozdział N6.1 z tomu 11 monografii
[1/4],
jak również odrębna strona internetowa poświęcona
wyłącznie temu
sejsmografowi.
Ponadto, wyniki badań nad budową i zasadą działania
tego cudownego urzadzenia prezentowane były w moim
referacie na konferencję naukową ICST-2005. Referat
ten można sobie przeczytać pod adresem konferencji
ICST-2005.
#B2.
Techniczne cuda świata:
Ja osobiście wierzę, że na Ziemi ciągle
znajduje się cały szereg technicznych
cudów świata. Opisany powyżej "Zhang
Heng seismograph" jest tylko jednym z nich.
Przez cuda owe rozumiem już zbudowane
i sprawdzone w działaniu urządzenia
techniczne, jakich zasada działania znacząco
przekracza stan wiedzy, nauki i techniki
na Ziemi w czasach kiedy zostały one zbudowane.
Teoretycznie więc rzecz biorąc, ludzie powinni
być w stanie zbudować te urządzenia dopiero
w odległej przyszłości w stosunku do czasów
kiedy faktycznie się one pojawiły. Ich przedwczesne
pojawienie się na Ziemi jest więc dla nas
rodzajem znaku, na jaki powinniśmy zacząć
zwracać uwagę. Oto najważniejsze z owych
"technicznych cudów świata" o jakich istnieniu
do chwili obecnej zdołałem się już dowiedzieć:
#1.
Thesta-Distatica. Jest to
telekinetyczny generator darmowej energii.
Działający prototyp tego generatora znajduje się w
posiadaniu szwajcarskiej Komuny "Methernitha"
(po jego szersze opisy patrz podrozdział K2.3
z tomu 10 monografii [1/4]).
Wytwarza ona darmową energię elektryczną dosłownie
z niczego, poprzez pozyskiwanie, za pośrednictwem
zjawiska technicznej
telekinezy
(będącej odwrotnością dla zjawiska tarcia), energii
cieplnej zawartej w otoczeniu oraz zamienianie tej
energii w elektryczność.
#2.
Radio kryształkowe.
Jak to wyjaśniłem dokładnie w punktach #5 i #6.3 odrębnej strony internetowej o
ogniwach telekinetycznych,
ponad pół wieku temu na Ziemi produkowane
już były prymitywne prototypy
telekinetycznych generatorów darmowej energii.
Prototypy te nazywano "radiami kryształkowymi".
Działały one doskonale produkując darmową
elektryczność - tyle że w niewielkich ilościach.
Faktycznie to były one jedynymi urządzeniami
dotychczas produkowanymi masowo na Ziemi, które
nie wymagały żadnej baterii ani innego zasilania
w energię, a na przekór tego poprawnie wykonywały
swoją pracę. Czyniły to właśnie ponieważ zawierały
wbudowaną w siebie prymitywną wersję ogniwa
telekinetycznego opisywanego na odrębnej stronie o
ogniwach telekinetycznych.
Eksperci elektroniki wyjaśniają ów brak
potrzeby dla zewnętrznego zasilania w
energię w owych "radiach kryształkowych",
poprzez twierdzenie że jakoby owe radia
pobierały z anteny potrzebną im moc.
Jednak, ja nigdzie nie mogę znaleźć
opisów jakichkolwiek badań eksperymentalnych
które by raportowały o kimś kto faktycznie
pomierzył pobór mocy z anten owych
radioodbiorników, oraz wykazał że ów
pobór rzeczywiście pokrywa konsumpcję
energii jaka w nich ma miejsce.
Problem bowiem, na jaki staram się tutaj
zwrócić uwagę, polega na tym, że skoro
faktycznie nikt nigdy nie dokonał
eksperymentalnej weryfikacji iż radia
kryształkowe rzeczywiście pokrywają z
anteny swoje zapotrzebowanie na energię,
w praktyce mogą one równie dobrze działać
właśnie ponieważ ich obwody wyzwalały
zjawisko odwrotności tarcia które jest
podstawą działania ogniw telekinetycznych.
Tyle tylko, że eksperci elektroniki
po prostu nie zdają sobie sprawy
z tego ogromnie istotnego faktu.
Jest również dosyć znaczące, że poza
owymi "radiami kryształkowymi" nigdy
nie udało się zbudować jakichkolwiek
innych urządzeń elektronicznych które
by pokrywały swoje zużycie energii z
anteny.
Obecnie wystarczy jedynie aby owe stare prototypy
radioodbiorników kryształkowych odpowiednio
udoskonalić, a otrzyma się ogniwa telekinetyczne
pełnej wydajności i mocy. Do dzieła więc, bo
bez nich nasza cywilizacja pomału obumiera.
W punkcie #6 owej strony o
ogniwach telekinetycznych
zaproponowane zostało dokładnie, krok po kroku,
jak w najprostrzy oraz w najszybszy sposób
tak przetransformować "radio kryształkowe"
aby wypracować z jego obwodów konstrukcję
i działanie ogniwa telekinetycznego generującego
zatrzęsienie darmowej energii.
#3.
Mechanizm z Antikythera. Był to analogowy
komputer astronomiczny który umożliwiał wyznaczanie
położeń ciał niebieskich, daty zaciemnień, itp. Analizy
wskazują że przykładowo był on w stanie uwzględniać
niejednorodności w ruchu orbitalnym Księżyca z precyzją
większą niż wiele dzisiejszych programów komputerowych.
Komputer ten zbudowany był pomiędzy latami 100 a 150
BC, prawdopodobnie przez greckiego astronoma o nazwisku
Hipparchos z wyspy Rhodes. Miał on wymiary 33x16x10 cm.
Odkryto 30 kół zębatych z brązu z jakich się składał -
aczkolwiek uważa się w rzeczywistości posiadał ich co
najmniej o 7 więcej (część z nich zaginęła). W roku
1900 odkryto go we wreku starożytnego statku rzymskiego koło wyspy
Antikythera
(w połowie drogi pomiędzy Peloponnese a Crete). Na
początku listopada 2006 roku ukazał się na jego temat
artykuł w "Nature", który następnie był streszczony w
dwóch nowozelandzkich gazetach, mianowicie w artykule
"Ancient Greek computer yields its secrets" ze strony B3
nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z soboty (Saturday), December 2, 2006, a także
artykule "Ancient computer found on seabed" ze strony B4
nowozelandzkiej gazety
The New Zealand Herald,
wydanie datowane w piątek (Friday), December 1, 2006.
#4.
Wieczna lampka. Nieprzerwanie wytwarza ona
światło bez zużywania jakiejkowiek energii. Opisałem
ją w podrozdziale H6.1.3 monografii [1/4].
#5.
Arka Przymierza (ta z Biblii). Opisałem ją dokładniej
w podrozdziale S5 z tomu 14 monografii
[1/4].
Dostępne dane dokumentują że było to najważniejsze
urządzenie napędowe m.in. powodujące lewitowanie
dzisiejszych wehikułów UFO - to dlatego ową Arkę
nosili kiedyś tzw. "lewici". W dzisiejszych czasach
urządzenie to nazywane jest
komorą oscylacyjną.
#6.
Grzałka z Pakistanu. Miała ona kształt metalowej
amfory pustej w środku. Nieprzerwanie zagotowywała
ona wodę bez pobierania jakiejkolwiek energii. Została
zniszczona gdzieś w latach 1950-tych przez naukowca
angielskiego który ją rozciął aby zbadać co znajduje się
w jej środku (okazała się być pusta). Zasada działania
takich grzałek wynika ze zjawisk opisanych w podrozdziale
H6.1.3 z tomu 4 monografii
[1/5].
Według moich oszacowań, zasada ta była niemal identyczna
do zasady działania grzałki telekinetycznej opisanej na stronie
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
Tyle że jej powierzchnie omywane gorącą i zimną wodą
dodatkowo były sprzężone zwrotnie poprzez oscylator
z jej rezonującymi elektrodami. Dlatego gorąca i zimna
woda która omywała te powierzchnie wyzwalała działanie
tzw. Efektu Seebeck'a, generując na tych powierzchniach
ładunek elektryczny potrzebny do zadziałania owej amfory.
Na dodatek do powyższego, analizowałem i osobiście
gwarantuje jako technicznie poprawne dwa następne
przekazy telepatyczne, które zalecają nam zbudowanie
dalszych takich cudownych urządzeń. Przekazy te są
opisane w podrozdzialach N2 i N5.1.1 monografii [1/4],
a także w odrębnych traktatach [7/2] i [7B]. Ponadto
dokonywałem także badań dalszych dwóch starożytnych
odpowiedników takich cudownych urządzeń,
przykładowo tzw. "kamienia filozoficznego",
oraz "orba" (czyli "jabłka monarszego").
Wyniki tych badań opublikowałem w rozdziale
S monografii [1/4].
Więcej informacji na temat powyższych i innych
niezwykłości zawarte zostało na stronach o
telepatii oraz o
Seismografie Zhang Henga.
#B3.
Tajemnicze
przekleństwo wynalazców
które prześladuje wszystkich twórczych ludzi, oraz jego ofiary w Nowej Zelandii:
Prawdopodobnie niemal każdy słyszał
o "przekleństwie faraonów". Zdaje się ono dopadać rzeczowych badaczy którzy
starają się odkryć i potwierdzić tajemnicę kosmicznego pochodzenia ludzkości
poprzez badania piramid i starożytnego Egiptu. Niektórzy zapewne są świadomi,
że istnieje również "przekleństwo Jagiellonów" które prześladuje archeologów w Polsce.
Ma ono tendencję do zabijania każdego kto stara się rzeczowo badać średniowieczny
okres w historii Polski, tj. okres czasu kiedy czarownice i "diabły" ciągle operowały
w sposób jawny, a także okres kiedy z mocarstwa europejskiego Polska została
zepchnięta do roli nic nie znaczącego kraiku jaki później został poddany
rozbiorom przez swoich sąsiadów. Jednak niemal nikt nie jest świadomym,
że na naszej planecie działa również takie coś jak "przekleństwo wynalazców".
Owo przekleństwo powoduje, że każdy wynalazca, który stara się dołożyć
coś ogromnie ważnego do dorobku naszej cywilizacji, zostaje ukarany na
setki skrytych sposobów, a często w końcu nawet zamordowany. Jako przykład
rozważ los Rudolfa Diesel (1858 - 1913), który opracował słynny silnik
Diesel'a. Był on prześladowany przez owo "przekleństwo wynalazców" przez
okres całego swojego życia, aż w końcu zniknął za burtą (tj. najprawdopodobniej
został przez kogoś wyrzucony za burtę) podczas żeglugi przez Kanał Angielski.
Jeśli ktoś czyta życiorysy znanych wynalazców, okazuje się wówczas, że
żaden z nich nie został ochroniony przed następstwami owego przekleństwa. Praktycznie
też żaden wynalazca nie odnosi korzyści ze swojego wynalazku, bez względu
na to jak wartościowy wynalazek ten by nie był. Także wielu z nich umiera w samotności,
opuszczeni przez wszystkich, w ubóstwie i brudzie, czasami zaś ich ciała
muszą leżec wiele dni zanim zostają przez kogoś odkryte. Jeśli istnieją
jakieś odstępstwa od owej zasady, te zwykle zawdzięczane są rodzinom
wynalazców, które to rodziny roztaczają nad nimi opiekę, a także
zawdzięczane są innym źródłom dochodów niż te pochodzące z samych wynalazków.
Stąd na przekór że praktycznie wszystko co nasza cywilizacja kiedykolwiek
osiągnęła zawdzięczane jest twórczości wynalazców, kiedy przychodzi do
spłacenia ich wysiłków, wynalazcy są oszukiwani i karani za dodawanie
swojej kontrybucji do rozwoju ludzkości. Oczywiście Nowa Zelandia -
podobnie jak cała reszta świata, posiada własny udział wynalazców, którzy
byli, lub ciągle są, prześladowani przez owo "przekleństwo wynalazców".
Ja postaram się wyszczególnić tutaj niektórych z nich:
(a) Richard Pearse z
Pleasant Point. Był on jednym z trzech ludzi którzy wynaleźli i zbudowali samolot
zupełnie niezależnie od siebie. Stało się tak ponieważ owo "przekleństwo
wynalazców" zmusiło aby samolot był wynajdowany co najmniej 3 razy, zanim
świat zdołał się dowiedzieć, że może on wogóle być zbudowany. Pierwszym
wynalazcą samolotu był geniusz techniczny polskiego pochodzenia pracujący
w carskiej Rosji, o nazwisku Aleksander F. Możajski. Jego losy
opisane są dokładnie na stronie
Aleksander Możajski
dostępnej przez "Menu 1". Samolot Możajskiego był oblatany z sukcesem
latem 1882 roku (znaczy 21 lat przed samolotem Braci Wright). Na nieszczęście,
jego technicznie wyrafinowany samolot został efektywnie zgnieciony przez
"biurokratów"
Rosji carskiej. Ilustracja "Rys. #B4", zreprodukowana ze starej rosyjskiej encyklopedii,
dokumentuje oficjalny pokaz lotu samolotu Możajskiego dla rządu carskiej
Rosji. Drugi wynalazca który zdołał zbudować i oblatać samolot był
Nowozelandczyk o nazwisku Richard Pearse (1877-1953). Jego samolot
dokonał pierwszego lotu w dniu 31 marca 1902 roku. Niestety, z powodu działania
owego "przekleństwa wynalazców", świat nigdy nie dowiedział się o budowie
i sukcesach tych dwóch pierwszych pionierow awiacji. Dopiero trzeci
lot zakończony sukcesem, jaki odbył się w dniu 17 grudnia 1903 roku,
tym razem na samolocie Braci Wright z USA, zdołał w końcu
przebić się przez hermetyczną blokadę jaką ta szatańska siła bez przerwy
nakłada na ludzkie strategiczne wynalazki. (Zauważ, że opisy tragicznego
losu Richard'a Pearse zawarte są w tomie 1 mojej monografii
[1/4]. Z kolei wszyscy troje wynalazcy samolotu opisani są w
podrozdziale O1 z tomu 12 monografii [1/4].)
W chwili obecnej pomnik wystawiony Richardowi Pearse oraz jego samolotowi
może być oglądnięty niedaleko od małego miasteczka zwanego Pleasant Point,
na Wyspie Południowej Nowej Zelandii (koło Timaru). Polecałbym oglądnięcie
tego pomnika, jako że otwiera on nasze oczy na gorzki fakt, że "coś nie jest
tak" z tymi wynalazkami i z losami wynalazców, a czego ludzie ciągle nie są
świadomi.
(b) Bruce Simpson z Tokoroa.
Wynalazł on i faktycznie zbudował efektywny, lekki, oraz prosty system napędowy,
który nazwał "cruise missile" czyli "pocisk cruise" (ja wierzę że użył tej
właśnie nazwy głównie z powodów propagandowych). Pechowo dla niego, "przekleństwo
wynalazców" spowodowało jego szybkie bankructwo. Stąd nie jest on w stanie
odnosić korzyści ze swojego wynalazku. Oczywiście, owa krzykliwa nazwa jaką
nadał swojemu systemowi napędowemu nie pomogła mu ani w produkcji ani w
sprzedaży jego atrakcyjnego napędu. Nie dopomogło mu też, że na przekór nazwania
swojego wynalazku "cruise missile", faktycznie to zbudował on prosty i lekki
system napędowy generalnego użytku, jaki mógł być używany np. w lekkich
samolotach, jako pędniki bezpieczeństwa w szybowcach, a także do napędu
łodzi w wodzie pełnej trawy lub błota. Tajemniczy los jego wynalazku
oraz wymowny sposób na jaki sztucznie spowodowano jego bankructwo, były
prezentowane w programie telewizyjnym "Sunday", nadawanym na kanale 1
TVNZ, w niedzielę (Sunday), 25 kwietnia (April) 2004, godziny 7:30 do
8:30 wieczorem.
(c) Bruce DePalma z Waiatarua
(West Auckland). Wynalazł on efektywny generator nazywany "N-Machine", jaki
wykorzystuje odwrotność tarcia (telekinezę) do generowania darmowej elektryczności.
Skrótowy opis jego generatora zawiera podrozdział K2.2 z monografii [1/4].
Najbardziej kłoptliwy problem jego generatora, jaki prześladował DePalmę
przez wiele lat i jaki uniemożliwiał przemysłowe wykorzystanie jego wynalazku,
jest że generuje on bardzo wysokie natężenie, jednak niskie napięcie prądu. Niemniej
po latach badań, Bruce DePalma podobno znalazł rozwiązanie do swojego problemu
napięcia. Pechowo jednak, zanim zdołał urzeczywistnić to rozwiązanie w swoim
generatorze, niespodziewanie zmarł w nowozelandzkim szpitalu w czwartek dnia
2 października 1997 roku, w wyniku masywnego krwawienia wewnętrznego. Z nim
prawdopodobnie umarło również jego rozwiązanie dla problemu napięciowego.
Filmy upowszechniane w ostatnich czasach ilustrują, że właśnie takie masywne
krwawienie wewnętrzne jakie zabiło DePalmę, niezależnie od najróżniejszych
naturalnych przyczyn może również zostać zaindukowane technicznie przez użycie
broni która emituje potężną wiązkę dźwięków ultrasonicznych. Niemniej jest
publicznym sekretem, że pokojowo nastawiona Nowa Zelandia nie posiada broni
ultrasonicznej. Możemy jednak sobie wyobrazić, że UFOnauci posiadają taką broń
i byliby w stanie sekretnie ją użyć w Nowej Zelandii - jeśli zechcą kogoś tam zamordować.
Możemy sobie także łatwo wydedukować, że jeśli UFOnauci eksploatują ludzkość i starają
się powstrzymywać istotne techniczne wynalazki na Ziemi, wówczas mieliby oni
pilny motyw aby zamordować Bruce De Palma w sposób sekretny natychmiast po tym
jak znalazł on rozwiązanie dla swojego problemu napięciowego. Wszakże DePalma
miał zarówno determinację jak i środki aby skierować swój wynalazek do masowej
produkcji natychmiast po tym jak stałby się on gotowy do użycia. Więcej na temat
śmierci tego wynalazcy zawarte jest w podrozdziale A4 z [1/4].
(d) John Britten z Christchurch.
Był on prawdziwym geniuszem technicznym. Najbardziej znany jest z budowy swoich
słynnych super-motocykli (patrz zdjęcie z "Fot. #B5"). Motocyklom tym na wyścigach
nikt nie mógł dorównać. Ja miałem honor poznać go osobiście. Negocjowaliśmy
bowiem wspólne podjęcie budowy
komory oscylacyjnej i
magnokraftu -
niestety realizacja tych planów najpierw została odłożona z powodu mojego opuszczenia
Nowej Zelandii w poszukiwaniu chleba, potem zaś ucięta śmiercią Johna. John
zmarł nagle na raka w wieku około 45 lat w szczytowym okresie swojej twórczej
działalności wynalazczej. Podobno na krótko przed śmiercią znalazł rozwiązanie
dla mechanizmu aerodynamicznego machania skrzydłami które w korzystniejszej
sytuacji pozwoliłoby mu na dokończenie z sukcesem budowy jego mięśniolotu. Można i
powinno się zadawać pytanie, czy jego śmierć była przypadkiem, czy też premedytowanym
wynikiem działania "przekleństwa wynalazców"?
(e)
Peter Daysh Davey z Christchurch. Wynalazł on
rewolucyjną grzałkę telekinetyczną. Zgodnie z
opowiadaniami grzałka ta miała wytwarzać wielokrotnie
więcej ciepła niż zużywała elektryczności - patrz "Rys. #B6"
poniżej. Pracowała więc niemal jak najnowocześniejsze
tzw. "pompy cieplne". Nasza cywilizacja desperacko
zaś potrzebuje tego typu urządzeń. Jednak wynalazca
ten tak był prześladowany przez
agentów opisywanego tutaj "przekleństwa wynalazców",
że jego grzałka do dzisiaj nie otrzymała oficjalnych
pozwoleń wymaganych aby wdrożyć ją do seryjnej
produkcji fabrycznej - i to na przekór że minęło już
rekordowe ponad 60 lat od chwili jej wynalezienia.
Więcej informacji na temat owej niezwykłej grzałki
oraz na temat szokujących losów jej wynalazcy,
zawarte zostało na odrębnej stronie internetowej
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
Natomiast nieco więcej na temat samego Peter'a
Daysh Davey zawarte jest w punkcie #B3.1 poniżej.
Oczywiście, ja uważam
siebie samego
również za ofiarę tego "przekleństwa wynalazców". Ja sam wszakże też wynalazłem
sporo urządzeń technicznych i też bez przerwy staram się zbudować przynajmniej jedno
z nich. Jednak nieustannie coś niespodziewanego mi się przydarza, co niszczy owoce
moich wysiłków. Ja osobiście wyjaśniam te kłopoty za pomocą teorii niewidzialnej
okupacji Ziemi przez szatańskie istoty pasożytnicze, jakie są ogromnie zaawansowane
technicznie aż do punktu iż mogą czynić siebie całkowicie niewidzialnymi dla
ludzkich oczu. Jednocześnie jednak osiągnęły one samo dno moralnego upadku,
stąd żyją wyłącznie z rabunku innych cywilizacji. Istoty te rozciągają swoją
niewidzialną kontrolę nad wszystkim co się dzieje na Ziemi. Ich szatańskie
machinacje obejmują, między innymi, prześladowanie wszelkich ludzkich wynalazków
i karanie wszystkich ludzkich wynalazców którzy dopomagają ludzkości podnieść
naszą technikę do poziomu przy którym będziemy w stanie odnotować ich pasożytnicze
działania na Ziemi. Bardziej dokładnie opisałem owe szatańskie istoty na
stronach internetowych
evil_pl.htm,
ufo_pl.htm, oraz
bandits_pl.htm.
Jednak nawet jeśli ktoś nie podziela moich poglądów, ciągle poprzez zwykłe
ogarnięcie ogromnej liczby wynalazków jakie w niezwykły sposób są wytłumiane,
prześladowane, lub niszczone, ten ktoś musi przyznać, że "coś dziwnego jest
grane" oraz że ktoś lub coś w sposób zamierzony wytłumia istotne wynalazki
na Ziemi.
* * *
Odnotuj że owo "przekleństwo wynalazców"
jest omawiane z nawet większą liczbą szczegółów
na odrębnej stronie internetowej na temat
telekinetycznych ogniw.
Dlatego jeśli kogoś interesuje ów temat wówczas
być może powinien zaglądnąć na tamtą stronę.
Rys. #B2. (Rysunek 11 z monografii [6/2].)
Jeden z moich własnych wytłumionych wynalazków. Fotografia ta pokazuje
mnie (Dra Jana Pająka) trzymającego w rękach nową maszynę elektrostatyczną
Wimshurst'a, którą zakupiłem z zamiarem użycia jej jako inicjującego podzespołu
do budowy efektywnego urządzenia darmowej energii nazywanego "telekinetyczna
influenzmaschine". (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
W 1989 roku skompletowalem relatywnie szerokie badania tzw. "urządzeń darmowej energii".
Urządzenia te wykorzystują odwrotność tarcia do generowania darmowej elektryczności.
W taki sam sposób jak tarcie spontanicznie zamienia ruch na ciepło,
również urządzenia darmowej energii spontanicznie zamieniają energię
cieplną zawartą w swoim otoczeniu na ruch elektronów w przewodniku.
Stąd ochładzają one swoje otoczenie, podczas gdy równocześnie generują
one elektryczność dosłownie za darmo - znaczy bez potrzeby zasilania ich
w jakiekolwiek paliwo lub w jakąkolwiek inną formę energii. Ja sam wynalazłem
moje własne urządzenie darmowej energii, które w tomie 10 monografii [1/4]
opisane jest pod nazwą "bateria telekinetyczna". Zasada użyta w działaniu
owej baterii telekinetycznej wyjaśniona została na moich stronach internetowych o
"darmowej energii"
dostępnych poprzez "Menu 2" i "Menu 4" z tej strony. Ponadto rozpracowałem
wówczas również zasadę działania całej odmiennej klasy urządzeń darmowej
energii, jakie noszą ogólną nazwę "telekinetycznych influenzmaschine" (dla
przykładu, słynna "Thesta-Distatica" ze Szwajcarii, która w chwili obecnej jest
najbardziej doskonała ze wszystkich urządzeń darmowej energii zbudowanych
na naszej planecie, należy właśnie do klasy telekinetycznych influenzmaschine).
Potem zdecydowałem się zbudować owe urządzenia. Niestety, zaraz po tym jak
ukończyłem wykonywanie ich szczegółowych konstrukcji i zakupiłem podzespoły,
przez ogromnie dziwny "zbieg okoliczności" moi przełożeni z Uniwersytetu Otago
w Dunedin, Nowa Zelandia, zdecydowali się wyrzucić mnie z pracy. Tamta strata
pracy wykładowcy uniwersyteckiego uczyniła zupełnie niemożliwym skompletowanie
któregokolwiek z urządzeń darmowej energii jakie wynalazłem. Wszakże, w tak
przykrej sytuacji, znalezienie następnej pracy oraz przeżycie stało się moim
najważniejszym zadaniem. Ironicznie, ci sami administratorzy nauki którzy ubliżali
moim badaniom i aktywnie powstrzymywali mnie przed zbudowaniem moich
urządzeń darmowej energii, już wkrótce mogą doświadczyć borykania się z
zaciemnieniami prądu i z brakami energii, jako ze Nowa Zelandia właśnie zbliża
się do kryzysu energetycznego.
Powyższa fotografia pokazuje mnie
kiedy trzymam w ręku fabrycznie nową maszynę elektrostatyczną Wimshursta,
która jest głównym podzespołem dla konstruowania telekinetycznych influenzmaschine.
Tuż zaś za moimi plecami, na wysokosci moich łopatek, zgrupowanie budynków
kampusu Uniwersytetu Otago w Dunedin jest widoczne. Kiedyś miałem nadzieję
że zbuduję tam telekinetyczną influenzmaschine - niestety zostałem usunięty z
pracy zanim zdołałem osiągnąć ten cel. Proszę odnotować, że
zasady działania i konstrukcja baterii telekinetycznych mojego wynalazku,
a także telekinetycznych influenzmaschine (znaczy jeszcze jednej klasy
urządzeń darmowej energii do której to klasy należy słynna Thesta Distatica ze
Szwajcarii), jest omówione szczegółowo na mojej odmiennej stronie internetowej
jaka, między innymi, może być oglądana pod nazwą
darmowa energia
z "Menu 2" i "Menu 3".
Nieco dalej na widnokręgu, powyższa fotografia
pokazuje charakterystyczny stożkowy kształt miejscowego "Saddle Hill". Zgodnie z
legendami Maoryskimi, we wnętrzu owego wzgórza mieści się duża jaskinia którą
zajmuje "legowisko Taniwha'ry" - tak jak ono zostało opisane w pobliżu końca niniejszej
strony internetowej. Ja osobiście znam uprowadzonego do UFO, który twierdzi że został
uprowadzony do wehikułu UFO jaki zawisał we wnętrzu ogromnej jaskini podobno mającej
istnieć w środku owego wzgórza.
Rys. #B3. Wynalazek i wynalazca zniszczeni przez własnych rodaków.
Powyższa fotografia pokazuje pomnik wystawiony Richard'owi Pearse
oraz jego samolotowi. Pomnik ten wzniesiony został niedaleko małego
miasteczka "Pleasant Point" z Wyspy Południowej Nowej Zelandii.
Oznacza on miejsce w którym samolot Pearse'a z sukcesem został
wypróbowany w locie. (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Na przekór ze Richard Pearse
zbudował i oblatał swój samolot na około rok
przed Braćmi Wright, owo "przekleństwo wynalazców" uniemożliwiło mu aby reszta
świata dowiedziała się o jego wynalazku. Z kolei napięcie psychiczne
i najróżniejsze prześladowania jakich doświadczył on wówczas od swoich
rodaków, którzy nazywali go "pomylonym Pearse" (tj. "Mad Pearse"),
spowodowały że Pearse zmarł w domu wariatów.
* * *
Rys. #B4. Pierwszy samolot na świecie zbudowany został i oblatany w carskiej Rosji latem
1882 roku (tj. na 21 lat przed Braćmi Wright). Pokazany on jest na powyższej ilustracji
zreprodukowanej ze starej rosyjskiej encyklopedii. Na nieszczęście, "przekleństwo
wynalazców" spowodowało, że świat nigdy nie dowiedział się o tym samolocie, podczas
gdy jego plany i prototyp gromadziły kurz w przepastnych archiwach carskiej Rosji.
Więcej danych o samolocie Możajskiego można znaleźć na stronie
mozajski.htm - o Aleksandrze Możajskim który jako pierwszy w świecie zbudował samolot.
(Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Ludzie zwykle nie są świadomi,
że zanim cały łańcuch korzystnych okoliczności
dopomógł aby świat dowiedział się o samolocie Braci Wright, samoloty były
wynajdowane, budowane i oblatywane przez trzech odmiennych wynalazców, którzy
nawzajem nie wiedzieli o swoim istnieniu. Owi wynalazcy to: Polak Aleksander F. Możajski
(z carskiej Rosji), Richard Pearse (z Nowej Zelandii), oraz Bracia Wright (z USA).
Rys. #B5. Od około 2004 roku, w najważniejszym muzeum
Nowej Zelandii zwanym "Te Papa", na 3-cim piętrze wystawiony
był ten super-motocykl skonstruowany przez nowozelandzkiego
geniusza technicznego o nazwisku John Britten. (Motocykl ten
ciągle był tam wystawiany w styczniu 2008 roku, kiedy to dokonywałem
kolejnej aktualizacji niniejszej strony.) Niestety, ów niezwykle dobrze
zapowiadający się wynalazca i konstruktor, niespodziewanie
zmarł na raka w 1995 roku, w środku najbardziej twórczego
okresu swego życia, w wieku około 45 lat. (Kliknij na to zdjęcie
aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Powinniśmy zadać sobie tutaj pytanie,
czy jego śmierć to czysty przypadek, czy też działanie owego "przekleństwa wynalazców"?
Jest mi bowiem wiadomo, że
UFOnauci
posiadają
urządzenie do indukowania złośliwego raka
u tych osób na Ziemi, których chcą cichcem zgładzić. Urządzenie to demonstrowali bowiem
w działaniu uprowadzonemu jakiego osobiście badałem - po szczegóły patrz
podrozdział N5.2 w monografii [1/4]. Jest mi też wiadomo, że raka takiego
UFOnauci zaindukowali u kilku moich bliskich współpracowników - wykaz
zamordowanych w ten sposób ludzi jakich znałem zawarty jest w podrozdziale
A4 z monografii [1/4]. Wśród znajomych Johna Britten krążą też rumory,
że na krótko przed ujawnieniem się jego raka, John wynalazł efektywny
mechanizm bicia skrzydeł w budowanej przez siebie wersji "mięśniolotu".
Z kolei jest powszechną tajemnicą, że UFOnauci zdecydowanie starają się
zablokować na Ziemi rozwój wszelkich urządzeń latających, w tym mięśniolotów.
Czyżby więc UFOnauci uznali wynalazcę i budowniczego powyższego super-motocykla
za aż tak groźnego dla swoich okupacyjnych interesów na Ziemi, że go
sekretnie zgładzili?
* * *
Warto tutaj odnotować, że przykłady
wynalazków i wynalazców dotkniętych omawianym "przekleństwem wynalazców"
jakie wyszczególniłem na tej stronie, wcale nie wyczerpują ogromnego
oceanu podobnych przypadków. Dalsze takie przypadki omawiam na stronie
internetowej o "darmowej energii" oraz w podrozdziale A4 mojej monografii [1/4].
Przypadki jakie przedstawiłem tutaj są głównie nastawione na zilustrowanie:
(a) kategorii wynalazków jakie są zgniatane i prześladowane najbardziej
zaciekle, (b) rodzaju przeszkód jakie są wznoszone na drodze owych
wynalazków i wynalazców, oraz (c) sposobów na jakie wynalazcy są
karani przez ową
"mroczną moc"
której szatańska działalność kryje się za "przekleństwem wynalazców".
Jest łatwym do ustalenia,
że najbardziej surowo karani przez owo "przekleństwo wynalazców"
są ludzie którzy wynaleźli maszyny latające, jakiekolwiek rodzaje
silników, lub jakiekolwiek rodzaje urządzeń generujących energię.
To zaś wyraźnie demaskuje, że owa "mroczna moc" jaka kryje się
za tym przekleństwem, stara się zapobiec osiągnięciu przez ludzkość
zdolności do podróży międzygwiezdnych.
#B3.1.
Wynalazca którego warto poznać - czyli "rekordzista świata" którego paląco potrzebny wynalazek jest już blokowany przez ponad 60 lat (tj. przez ponad 2/3 długości jego życia):
Jeśli czytelnik znajdzie się w nowozelandzkim
mieście Christchurch, wówczas powinien
skontaktować się z ponad 92-letnim wynalazcą
z owego miasta, o nazwisku Peter Daysh Davey.
(Aby zobaczyć zdjęcie tego wynalazcy wykonane w 1990 roku -
kliknij na niniejszy zielony napis i patrz na starszego Pana z brodą
(ten drugi to ja - tj.
Dr Jan Pajak),
aby zobaczyć zdjęcie tej wersji jego grzałki
którą sfotografowałem około 1990 roku -
kliknij na niniejszy zielony napis (też tam widoczna moneta ma 32 mm średnicy),
natomiast aby oglądnąć rysunek konstrukcyjny tejże grzałki -
kliknij na niniejszy zielony napis.)
Wynalazca ten jest bowiem swoistym "rekordzistą świata"
i według mojego rozeznania powinien znaleźć
się w "Guiness Book of Records". Mianowicie
jeszcze podczas drugiej wojny światowej
(tj. w 1944 roku) wynalazł on ogromnie
potrzebną naszej cywilizacji grzałkę telekinetyczną.
Grzałka ta działa na opisywanej na
odrębnej stronie internetowej zasadzie
telekinetycznych urządzeń darmowej energii.
Niezwykłe losy tego wynalazcy i jego grzałki,
prześladowanych opisanym poprzednio
"przekleństwem wynalazcy", zaprezentowane
zostały na stronie
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
Unikalną cechą omawianej grzałki jest, że
podobno posiada ona zdolność do generowania
aż kilkakrotnie większej ilości ciepła niż
wynosi jej zużycie elektryczności - gdyby więc
badania to potwierdziły grzałka ta mogłaby
wówczas dostarczać technicznej podstawy do
budowy termicznych "perpetum motion".
Grzałkę tą jej wynalazca opatentował oraz
zbudował jej działające prototypy. Niestety,
przez następnych ponad 60 lat ktoś systematycznie
uniemożliwiali mu wprowadzenie owej grzałki
do seryjnej produkcji. W środę dnia 30 stycznia
2008 roku kanał 1 telewizji nowozelandzkiej
pokazywał krótki reportaż (około 3 minuty) o
owym wynalazcy oraz o jego działającej
grzałce. Reportaż ten nadany został w
wiadomościach wieczornych niemal dokładnie
o godzinie 23:00. (Zapewne dysk DVD z
nagraniem owego reportażu daje się zakupić
od kanału 1 telewizji nowozelandzkiej.)
Jednocześnie lokalna gazeta nowozelandzka
z miasta Christchurch, o nazwie
The Press,
w swoim wydaniu ze środy (Wednesday),
January 30, 2008, opublikowała na stronie A13
artykuł pod tytułem "Sax notes lead to off-beat boiler"
(tj. "Nuty saksofonowe wiodą do nietypowej grzałki").
Artykuł ten informuje o istnieniu owej grzałki i jej
wynalazcy. Na początku lutego 2008 roku treść
tego artykułu była dostępna w Internecie pod adresem
http://www.stuff.co.nz/4379593a6530.html.
Pod owym adresem można wówczas też było kliknąć
na link "Watch audio slideshow of Peter Davey" który
otwierał krótki pokaz jaki demonstrował ową grzałkę
w działaniu. W dniu 30 stycznia 2008 roku wynalazca
tej niezwykłej grzałki obchodził właśnie swoje
92 urodziny. Jednocześnie jego walka
o pozwolenie na podjęcie produkcji fabrycznej
owej grzałki trwała już od rekordowych ponad 60 lat.
W owym krótkim reportażu z wiadomości telewizyjnych,
wynalazca ten ciągle wyrażał nadzieję że uda
mu się pokonać przeszkody i wdrożyć swoją
grzałkę do seryjnej produkcji. Jednocześnie
jednak do tego samego reportażu włączona
też została krytyczna wypowiedź jakiegoś
"eksperta-opiniodawcy" który na mnie
sprawił wrażenie wysoce zawiedzionego
że NIE jest w stanie stwierdzić iż owa grzałka
nie ma prawa działać. W reportażu zademonstrowano
bowiem że grzałka ta jednak działa i to natychmiast
po jej włożeniu do zimnej wody, zagotowując
tą wodę w czasie rzędu sekund.
Rys. #B6: Mr Peter Daysh Davey
demonstruje rewolucyjną
"grzałkę soniczną". Grzałka ta w dosyć
tajemniczych okolicznościach została
mu "zwrócona" na krótko przed wykonaniem
powyższego zdjęcia. Niezwykła historia
rewolucyjnego wynalazku grzałki Pana
Davey, wraz z historią tajemniczego
zwrócenia powyższej grzałki, opisana
została na odrębnej stronie internetowej
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
(Kliknij na powyższe zdjęcie aby
oglądnąć je w powiększeniu.)
Powyższe zdjęcie wykonałem w kilka dni po
92-gich urodzinach Pana Davey w dniu 30
stycznia 2008 roku. Wszystkie też fakty wskazują
na to, że tak sędziwy jego wiek jest wynikiem
picia natelekinetyzowanej wody wytwarzanej
właśnie przez omawianą tutaj grzałkę. Wszakże
Koncept Dipolarnej Grawitacji
informuje, że woda odpowiednio natelekinetyzowana
przez jakieś urządzenie telekinetyczne w rodzaju
omawianej tutaj grzałki, nabiera cech mitologicznej
wody życia dającej zdrowie i długie życie
wszelkim organizmom żywym. (Więcej na temat
"wody życia" wytwarzanej przez omawiana tutaj
grzałkę wyjaśnione zostało w punkcie #E6 strony
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.)
Moim osobistym zdaniem grzałka wynalazku
Peter'a Daysh Davey jest aż tak unikalna
i aż tak nowatorska, że gdyby to zależało odemnie,
ja umieściłbym jej egzemplarz na honorowym
miejscu w specjalnej sekcji zadedykowanej dla
nowozelandzkich wynalazców i naukowców z
Narodowego Muzeum Nowej Zelandii zwanego
Te Papa.
Mianowicie umieściłbym ją tam obok takich
eksponatów, jak pierwszy samolot nowozelandzkiego
wynalazcy o nazwisku Richard Pearse
(pokazany na zdjęciu z "Rys. #B3" powyżej),
czy pierwszy model atomu opracowany przez
nowozelandzkiego naukowca o nazwisku
Ernst Rutherford. Wszakże wszystkie
owe trzy wkłady cywilizacyjne, tj. grzałka Dave'a,
samolot Pearse'a, oraz model atomu Rutherford'a,
przechodziły przez podobne koleje losu, zaś
ich twórcy w czasach kiedy tworzyli swój rewolucyjny
dorobek doświadczali bardzo podobnego potraktowania
od innych Nowozelandczyków.
Grzałka ta tym bardziej zasługuje na jej umieszczenie
w muzeum, ponieważ tajemnicze okoliczności jej
"zwrócenia" sugerują, że tak naprawdę to jest ona
rodzajem "konia trojańskiego" podrzuconego
naszej cywilizacji przez UFOnautów aby nadal
blokować i opóźniać fabryczne wdrożenie przez
ludzi zaawansowanej technologii którą grzałka ta
reprezentuje. Innymi słowy, jedną z atrakcji pokazanego
tu modelu tej grzałki zapewne jest że został on
zbudowany przez kosmitów a nie przez ludzi -
po więcej szczegółów patrz w/w strona
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
Część C:
Niezwykłości Nowej Zelandii wynikające z nietypowej historii i kolei losów tego lądu:
#C1.
Brak rodzimych zwierząt lądowych:
Niemal każde państwo na świecie posiada
najróżniejsze miejscowe zwierzęta lądowe,
takie jak ssaki, węże, itp. Jednak nie Nowa
Zelandia. Miejscowe stworzenia Nowej Zelandii
głównie obejmują ptaki oraz kilka innych
gatunkow jakie mogły dostać się do Nowej
Zelandii za pośrednictwem podmuchów
wiatru, lub będąc uczepione do powierzchni
najróżniejszych obiektów jakie tam przypłynęły
niesione prądami oceanów. Oryginalnie
Nowa Zelandia nie miała więc ani węży,
ani ssaków, ani nawet ryb całkowicie
słodkowodnych. Oczywiście, to ma wiele
dobrych stron, bowiem w Nowej Zelandii
jak narazie nikt nie musi się bać np. węży.
Stąd scena taka jak ta pokazana na zdjęciu
z "Rys. #C1" narazie nie może się tam
zdarzyć. (Aczkolwiek najróżniejsi niszczycielscy
przemytnicy usilnie się starają aby przemycić
kilka jadowitych węży do Nowej Zelandii.)
Nowa Zelandia ukrywa jednak również i
naukową tajemnicę oraz rodzaj "paradoksu
fauny" wynikających z owego braku rodzimych
zwierząt lądowych. Mianowicie, dlaczego
Nowa Zelandia nie posiada owych miejscowych
zwierząt lądowych, na przekór że jest pełna
ich skamienielin?
Rys. #C1: Ogromny wąż dusiciel pyton uchwycony na zdjęciu
wkrótce po tym jak zadusił on człowieka - "tapper'a" i przystępował
do jego połknięcia. (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
(Nazwa "tapper" przyporządkowana jest w Malezji
do osób które spuszczają żywicę z drzew kauczukowych - pochodzi
ona od angielskiego słowa "tap" czyli "spuszczać".) Powyższa fotografia
ilustrowała artykuł "Python kills tapper" (tj. "Pyton zadusił tapper'a")
jaki ukazał się na stronie 7 w Malezyjskiej gazecie
The Sun,
wydanie datowane 6 września (September) 1996 roku. W czasie
kiedy owo zaduszenie człowieka przez ogromnego węża miało
miejsce w Malezji, ja właśnie przebywałem w tamtym kraju. Przez
więc spory czas owo zdjęcie odbierało mi smak na wybieranie się
na wycieczki do tropikalnej dżungli, co przed tym nieszczęśliwym
zdarzeniem było jednym z bardziej moich ulubionych zajęć ruchowych.
Wcale nie odstraszało mnie wówczas, że tropikalna dżungla w Malezji
jest pełna niebezpiecznych zwierząt. Oprócz węży dusicieli, takich jak
ten pokazany powyżej, żyją tam wszakże dzikie tygrysy i dzikie słonie,
ogromne mordercze krokodyle, silne i agresywne małpy (orangutany),
szerszenie i skorpiony których jedno ukąszenie zabija, a także całe
zatrzęsienie najróżniejszych jadowitych węży, ze wszystkimi odmianami
słynnej kobry na czele. Praktycznie też w tropikalnej dżungli wszystko
gryzie, drapie, rozcina, albo rani - niebezpiecznie jest tam więc dotykać
czegokolwiek. Odnotuj że powyższe zdjęcie pokazuję także na stronie
predators_pl.htm.
#C2.
Niedawne całkowite zatopienie Nowej Zelandii:
Wyjaśnienie dla owego "paradoksu fauny"
oraz tajemnicy naukowej Nowej Zelandii,
czyli dla braku w niej rodzimych zwierząt
lądowych na przekór istnienia tam skamienielin
tych zwierząt, dostarczyły moje "hobbystyczne"
badania. Mianowicie, zgodnie z moimi
badaniami, paradoks ten wynika z faktu że Nowa
Zelandia najpierw okolo 23 000 lat temu
została całkowicie zatopiona w oceanie,
potem zaś około 13 500 lat temu wyłoniła
się ponownie z dna oceanu. Wszystkie
więc miejscowe zwierzęta lądowe zostały
w niej potopione. Tak właśnie twierdzą
też legendy miejscowych Maorysów.
Na to wskazuje znaczna ilość materiału
dowodowego obecnego w Nowej Zelandii
(np. wyjątkowo "ubita gleba", cieniutka
warstewka czarnej gleby, zaokraglone
kanty każdej dużej skały, itp.)
To także jest sugerowane przez alternatywną
historię Nowej Zelandii, jaką ja opracowałem
w wyniku swoich badań i jaką opisałem
w podrozdziale V3 monografii
[1/4].
Jednak, oczywiście, wcale nie pokrywa
się ona z tym co ortodoksyjni naukowcy
Nowej Zelandii uparcie twierdzą - jako
przykład ich upartych zaprzeczeń, patrz
artykuł zatytułowany "NZ was never
underwater say scientists" (tj. "NZ nigdy
nie była pod wodą twierdzą naukowcy)
opublikowany na stronie A5 nowozelandzkiej
gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku (Tuesday), dnia 15 stycznia (January 15), 2008 roku.
(W owym artykule jakiś naukowiec argumentuje,
że niemożliwość zanurzenia NZ pod ocean
jest potwierdzana przez obecność jaszczura
"tuatara" w Nowej Zelandii, a także przez molekularne
datowanie pyłku z "kauri" które
wykazuje że nowozelandzkie i australijskie
kauri wyodrębniły się od siebie już jakieś
40 do 90 milionów lat temu. Jednak owi
naukowcy nie uwaględniają w swoich
badaniach owych "fluktuacji czasu" opisywanych
w punktach #F1 i #F2 strony internetowej o eksplozji Tapanui,
które to fluktuacje mogły przenieść na trwałe
do naszych czasów niektóre gatunki fauny i
flory z czasów poprzedzających zatopienie NZ
w oceanie.) Z tego powodu prawdopodobnie
czytelnik powinien poznać ową alternatywną historię
Nowej Zelandii i porównać ją z materiałem
dowodowym obecnym w Nowej Zelandii,
takim jak przykładowo: (1) bardzo cienka
warstewka czarnej gleby, (2) pozaokrąglane
krawędzie miejscowych gór, wysoce (3)
sprężona i ubita gleba, itd., itp. Prawdopodobnie
pewnego dnia stanie się możliwym udowodnienie,
że ortodoksyjna historia Nowej Zelandii jest
jedynie życzeniem ortodoksyjnych naukowców,
podczas gdy naprawdę prawdziwa jest owa
alternatywna historia. To przywróciłoby
znaczenie legendom Maorysów, którzy
starają się nam przekazać ową alternatywną
historię przez całe lata, tyle że miejscowi
naukowcy nie bardzo są gotowi udzielić jej
należnej uwagi.
#C3.
Pomarszczony czarny potwór-ludojad morski, który był jednak uprzejmy zrezygnować w ostatniej chwili ze zjedzenia mojej osoby:
Owego dnia z końcowej części lata 2002 roku
wybrałem się na spacer nad brzegiem
morza w opuszczonym i zaniedbanym byłym
przymorskim obszarze piknikowym kilkaset
metrów na południe od piaszczystej plaży przy
miejscowości Waikouaiti (patrz "Rys. #F5). W
owym czasie stały tam tylko ruiny jakby dużej
przebieralni czy ubikacji, oraz spory plac-łączka
ze śladami dawnych ognisk. Swój samochód
zaparkowałem na łączce owego obszaru
piknikowego tuż przy brzegu morza, oraz
zacząłem swój spacer wzdłuż brzegu, tuż
przy krawędzi wody. Byłem tam zupełnie sam.
Brzeg morza w tym miejscu był twardy
(pozbawiony piasku) i zbiegał w dół pod
kątem około 30 stopni, tak że woda dosyć
szybko stawała się głęboka.
Nie uszedłem daleko, kiedy po prawej stronie,
tylko jakieś trzy metry od mojej osoby, zobaczyłem
w morzu wyprzedzającego mnie czarnego,
pomarszczonego potwora. Podpłynął on do
mnie bezszelestnie i od tyłu, z całą pewnością
zamierzając mnie upolować. Gdyby wytrwał
przy swoim zamiarze zjedzenia mnie, wówczas
bym odnotował jego istnienie dopiero kiedy
bym już znalazł się w jego paszczy. Na
szczęście, z jakichś tam powodów w ostatniej
chwili najwyraźniej zmienił swoje zamiary.
Gdy ja go zobaczyłem, jego przednia cześć już
mnie wyprzedzała, zaś sam potwór wykonywał
właśnie łagodny manewr jakby odbijania się od
brzegu po którym ja spacerowałem. Jednak przez
sporą chwilę płynął niemal równolegle do brzegu,
wirując i w około połowie średnicy wystając ponad powierzchnię
wody - tak że miałem wystarczająco dużo czasu
i dobrą jego widzialność aby go sobie dokładnie oglądnąć.
Miał on kształt jakby czarnego torpeda czy walca
o tej samej średnicy około 1.5 metra na całej swej
długości. Jego długość oceniam na jakieś 20 metrów.
Jego powierzchnia (skóra) była czarna jak smoła
i NIE miała na sobie nawet najmniejszej części białej
czy koloru innego niż czarny. Skóra ta była też
bardzo dziwna, bowiem na całym obwodzie
i całej długości tego potwora była jakby silnie
pofałdowana czy pomarszczona. Mi ona
przypominała jakby gigantyczny pusty worek
z czarnej mokrej tkaniny, pościskany razem
i skręcony tak aby uformował walec. Owe fałdy
czy zmarszczki przebiegały podłużnie i wnikały
głęboko w cielsko tego potwora. Były też one
luźne i jakby bezwładne - tak jakby wogóle nie
miały w sobie mięśni. Wyglądało to niemal tak
jakby potwór wcale NIE miał solidnego ciała i
mięśni, a cały składał się z dużej liczby luźnych
i bezwładnych płatów poskładanych razem.
Fałdy te nadawały mu odpychający,
wręcz ohydny wygląd. Ponadto potwór ten
sprawiał też wrażenie że wogóle nie ma szkieletu.
W trakcie płynięcia wirował on bowiem wokół
swej centralnej osi w raczej niezwykły sposób.
Najbliższe co mi owo wirowanie przypominało,
to jakby ktoś złapał w wodzie za przednią część
jakiejś długiej, czarnej szmaty i zaczął tą część obracać -
podczas gdy reszta bezwładnej szmaty jest pociągana
przez ową przednią część i też zmuszana do wirowania.
Innymi słowy, ów potwór wcale NIE wirował wokół swej
osi tak jak wirowałaby duża ryba czy wieloryb, kiedy to
całe ich ciało obraca się równocześnie z taką samą
prędnością, a wirował jak korkociąg, czy jak owa
bezwładna szmata obracana za swą przednią część.
Potwór też jakby NIE miał oczu, a przynajmniej ja nie widziałem
żadnych oczu - na przekór że miałem dobrą jego
widoczność przez conajmniej dwa pełne jego obroty
wirowe wokół własnej osi. Nie miał też ani płetw
ani płaskiego ogona które by odstawały of jego
walcowatego cielska - nie wiem więc na jakiej
zasadzie płynął, choć widziałem że płynął
raczej szybko.
Od czasu kiedy widziałem owego potwora,
przymierzam jego obraz do wszystkiego co
już nam wiadomo że pływa to w morzach
Nowej Zelandii. Jednak do niczego on NIE
pasuje. Np. wiadomo, że drapieżne "orki"
(po angielsku zwane "orcas" lub "killer whales")
używają podobnej do mojego potwora metody
polowania polegającej na cichym podkradaniu
się od tyłu do fok na brzegu morza, skąd
pożerają te foki jednym kłapnięciem swoich
potężnych paszcz. Jednak "orki" mają białe
łaty na brzuchu, ich skóra jest gładka, a ponadto
NIE są aż tak duże i nie mogą wirować w
sposób jaki ja widziałem.
W morzach okolic Nowej Zelandii żyją też
ogromne drapieżne mątwy (squids) zwane
"arkatutos" lub "colossal squid". Jeden z nich
pokazany jest poniżej na zdjęciu z "Rys. #I4".
Jednak mątwy te nie mają czarnego koloru,
a ich skóra ma zabarwienie w całej gamie
odcieni żółtego, czerwonego i brązowego.
Ich skóra jest też gładka - a nie pofałdowana
czy pomarszczona jak ta którą ja widziałem.
Nie są one też aż tak ogromne jak mój potwór.
Przykładowo, największy "colossal squid"
jakiego dotychczas złapano był długi na
8 metrów i ważył 495 kilo (tj. niemal pół tony).
Jego opis zawarty jest w artykule [C3] o tytule
"Here's looking at you, squid", ze strony A2 gazety
"The New Zealand Herald,
wydanie z czwartku (Thursday), May 1, 2008.
Z badań też jego dzioba ustalono, że maksymalnie
mógł on wyrosnąc do długości 14 metrów
i do wagi 750 kg. W końcu taki "colossal squid"
ma ogromne białe oczy - faktycznie to największe
oczy świata. Przykładowo średnica gałek ocznych
w owym "colossal squid" opisanym w artykule
[C3] powyżej wynosiła 27 cm. Obecności takich
więc ogromnych białych oczu nie mógłbym
przegapić w potworze którego ja widziałem.
Wygląda więc na to, że w morzach Nowej
Zelandii żyje co najmniej jeszcze jeden
gigantyczny potwór-ludojad, którego nauka
ziemska nadal nie zna, a który zapewne
przycznia się sekretnie do owej znaczącej
liczby ludzi corocznie znikających w Nowej Zelandii
bez śladu ani wieści. (Po więcej informacji o owych
zniknięciach - patrz punkt #K1 tej strony.) Co
mnie w owym przypadku najbardziej zastanawia,
to że cechy owego potwora bardziej pokrywają się
z cechami owych gigantycznych legendarnych
potworów głębinowych opisywanych przez pradawny
foklor żeglarski, niż z cechami czegokolwiek
co obecnie jest już znane ziemskiej nauce.
Część D:
Efekty działania nadprzyrodzonego w Nowej Zelandii:
#D1.
Kamień który swoją nadprzyrodzoną wędrówką dowodzi błędności dzisiejszej fizyki:
Motto:
"Prawdziwe życie swoje, a naukowcy swoje."
Jeśli wierzyć samozadufanym twierdzeniom
niektórych dzisiejszych fizyków, we wszechświecie
jakoby nie ma "nadprzyrodzonego". Według
nich wszystko co nas dotyka, to wyłącznie
działanie już poznanych praw fizyki. Jeśli jednak
rozglądnąć się uważnie dookoła, wówczas
szokuje jak wiele nadprzyrodzonego bez
przerwy ludziom się ujawnia, tyle że fizycy
z uporem przedszkolaków udają że problem
rzeczowego badania nadprzyrodzoności
wcale nie istnieje. W punkcie #F1 odrębnej
strony internetowej
biblia.htm - o Biblii autoryzowanej przez samego Boga
wyszczególniłem długą listę doskonale znanych
fizykom zjawisk, które bezpośrednio dowodzą
istnienia nadprzyrodzoności. Znaczy dowodzą
one np. istnienia Boga, innego świata, nieśmiertelnej
duszy ludzkiej, itp. Na niektórych z owych zjawisk
oparte nawet zostały już istniejące formalne dowody
naukowe na istnienie Boga, duszy, innego świata,
na stworzenie pierwszej pary ludzi przez Boga, itp.
(Dla zapoznania się z owymi naukowymi dowodami
na faktyczne istnienie nadprzyrodzoności proponuję
zajrzeć np. do stron internetowych
god_pl.htm - o naukowym i świeckim wyjaśnieniu istoty Boga,
dipolar_gravity_pl.htm - o "teorii wszystkiego" która naprawia błędy i niedoskonałości dzisiejszej fizyki,
nirvana_pl.htm - o ignorowanym przez dzisiejszą naukę zjawisku nirwany, oraz
evolution_pl.htm - o ewolucji w świetle "teorii wszystkiego" zwanej Konceptem Dipolarnej Grawitacji.)
Do wszystkich tamtych dowodów na istnienie nadprzyrodzoności,
w niniejszym opisie dodam jeszcze jeden materiał dowodowy.
Mianowicie wskażę tu przykłady kamieni odkrywanych
na Ziemi, które to kamienie wykazują nadprzyrodzoną
zdolność do odbywania inteligentnych wędrówek.
Ponieważ zgodnie ze stwierdzeniami dzisiejszej fizyki,
kamienie same nie mają prawa inteligentnie zmieniać
swojego położenia, rosnąca ilość materiału dowodowego
na temat tych nadprzyrodzonych kamieni posiada
jednoznaczną wymowę. Mianowicie istnienie takich
inteligentnie przemieszczających się kamieni jest
jeszcze jednym dowodem na błędność stwierdzeń
i fundamentów naukowych dzisiejszej fizyki. Dowód
ten dodaje się do całej gamy innych podobnych
dowodów na kompletną błędność dotychczasowej
fizyki ziemskiej, które już od dawna wskazywane
nam są przez tzw.
teorię wszystkiego zwaną
Konceptem Dipolarnej Grawitacji.
Pierwszy kamień o którym się dowiedziałem że
posiada on nadprzyrodzoną zdolność do odbywania
inteligentnej wędrówki badałem osobiście już
około 1990 roku. Był to spory kamień istniejący
koło miejscowości Atiamuri na Wyspie
Północnej Nowej Zelandii. Pokazuje go zdjęcie
z "Rys. #D1" poniżej. Jest on otoczony
licznymi legendami. Jest także przedmiotem
kultu dla miejscowych Maorysów. Maorysi ci
modlą się do owego kamienia, oraz składają
mu liczne ofiary. W ten sposób Maorysi przekazują
temu kamieniowi unikalną formę inteligentnej
energii przez Chińczyków zwanej "chi", zaś przez
Koncept Dipolarnej Grawitacji
nazywanej "energią moralną" albo "zwow".
Dzięki zapasowi owej inteligentnej energii
zgromadzonemu w sobie, kamień z Atiamuri
jest w stanie odwzajemniać modły Maorysów
poprzez dokonywanie licznych uzdrowień
oraz poprzez przynoszenie szczęścia tym
co o nie proszą. Ja swego czasu badałem
fizykalnie kamień z Atiamuri, oraz stwierdziłem
że wykazuje on dosyć niezwykłe cechy.
Dla przykładu zdaje on się wydzielać jakiś
rodzaj promieniowania. Kiedy bowiem
umieściłem na nim film do fotografii
Roentgenowskich, ów film pokazał potem
dziwne naświetlone wzory. Kamień ten jest także
namagnesowany (jego namagnesowanie
daje się wykryć za pomocą zwykłego kompasu).
Najbardziej jednak nadprzyrodzoną cechą kamienia
z Atiamuri jest, że zgodnie z miejscowym
folklorem kamień ten ma odbywać "wędrówki".
Miejscowi ludzie twierdzą, że w przeszłości
był on odsuwany od krawędzi szosy, ponieważ
w swojej normalnej lokacji wprowadza on dosyć
poważne niebezpieczeństwo dla przejeżdżających
samochodów. Co jakiś bowiem czas rozbija się
na nim samochód zaś pasażerowie czasami nawet tracą życie.
Jednak po przesunięciu, kamień ten sam powracał
na swoje poprzednie miejsce. Podobno z
powodu jego wędrówek, w oficjalnej dokumentacji
tamtej szosy widnieje on w zupełnie innym
miejscu niż faktycznie znajduje się on w rzeczywistości.
Powodem ma być brak odważnego managera
który by się podpisał pod oficjalnie naniesionymi
poprawkami w dokumentacji tamtej drogi stwierdzającymi
że kamień ten sam powrócił na swoje ulubione
miejsce. Ludzie twierdzą także, że kamień ten
okresowo zmienia kształt owej dziury w swoim
boku (w dziurę tą składane są ofiary Maorysów).
Owa dziura podobno jednym razem jest całkowicie
okrągła, innym zaś razem wydłużona jak muszla
małży.
Wyjaśnienia dla mechanizmu pozwalającego
kamieniom na wędrowanie dostarcza "teoria
wszystkiego" zwana
Konceptem Dipolarnej Grawitacji.
Zgodnie z nią, we wszechświecie istnieje inteligentny
rodzaj energii, przez Chińczyków nazywanej "chi",
zaś przez ów Koncept Dipolarnej Grawitacji zwanej
"zwow" albo "energia moralna". Owa inteligentna
energia ma to do siebie, że wypełnia one inteligentne
nakazy myślowe. To właśnie ową energię
osoby uprawiające "kung fu" są w stanie skierować
np. na pręt stalowy który uderzają swoją głową i
nakazać jej aby ta rozbiła ów pręt w drobny proszek.
To także owa inteligentna energia powoduje że tzw.
feng shui
faktycznie działa w praktyce. (O działaniu "feng
shui" można sobie poczytać m.in. w punkcie #19 strony
wroclaw.htm - o mieście Wrocław,
oraz w punkcie #B1 strony
wszewilki_jutra.htm - o marzeniach lepszej przyszłości dla wsi Wszewilki.)
Ponieważ zgodnie z owym Konceptem
Dipolarnej Grawitacji wszelkie obiekty kultu
otrzymują od modlących się do nich ludzi porcje
owej inteligentnej energii, takie obiekty są też
w stanie nakazać posiadanej przez siebie energii
wykonanie jakichś specyficznych działań fizycznych.
To właśnie dlatego wszelkie obiekty czyjegoś
kultu, takie jak ów kamień z Atiamuri, czy też
jak owe słynne drzewa i kamienie które w
Malezji nazywane są Datuk,
są zdolne do nadprzyrodzonego powodowania
inteligentnych manifestacji fizykalnych.
Przykład takiego nadprzyrodzonego drzewa
"datuk" zilustrowany został i opisany na stronie
internetowej
ufo_pl.htm - o pochodzeniu UFOnautów(kliknij na niniejszy zielony napis aby je zobaczyć).
Owe malazyjskie drzewa i kamienie "Datuk"
uzdrawiają i pomagają lokalnym ludziom,
dokonują cudów, drzew "datuk" nie daje się
wyciąć, itp. Posiadanie podobnych nadprzyrodzonych
mocy wykazują też słupy totemowe z Borneo,
o których to słupach piszę w podrozdziałach
I6.7 oraz I5.1 z tomu 5 monografii
[1/5].
Owe słupy totemowe z Borneo nie dadzą się
fotografować, same karzą tych co nie są im
posłuszni, a ponadto potrafią uzdrawiać i
wypełniać życzenia tych co do nich się modlą.
W przeszłości miałem także okazję osobistego
doświadczenia nadprzyrodzonych mocy krzyżackiej
figury Matki Boskiej która kiedyś istniała w Polsce w
zamku z Malborka,
a która dała się poznać z antypolskiego działania.
Tamten posąg krzyżackiej Matki Boskiej
z Malborka jest znany m.in. z historycznie
dobrze udokumentowanego faktu, że polskie
działo którym chciano go zniszczyć zwyczajnie
eksplodowało - co udokumentowane
zostało na stronie o
zamku w Malborku.
Ponadto posąg ten posiadał przywiązaną do
siebie antypolską przepowiednię która wypełniła
się kiedy posąg ten został nadprzyrodzenie
zniszczony jakąś tajemniczą eksplozją. (Na
przekór owej antypolskiej przepowiedni oraz
antypolskiego działania owego posągu, ciągle
istnieją nierozważni Polacy którzy chcą odbudować
ten krzyżacki posąg o nadprzyrodzonych mocach -
po szczegóły patrz strona o
zamku w Malborku
oraz strona fundacji
Mater Dei
jaka to fundacja właśnie chce go odbudować.)
Na temat takich właśnie obiektów kultu obdarzonych
nadprzyrodzonością, owa "teoria wszystkiego" zwana
Konceptem Dipolarnej Grawitacji
nie tylko dostarcza wyjaśnienie dla ich działania,
ale również udziela nam zdecydowanego ostrzeżenia.
Mianowicie, sama natura owych obiektów, ich
niedoskonałość intelektualna, a także mechanizm
za pośrednictwem którego dokonują one swoich
nadprzyrodzonych działań, są dalekie od doskonałości.
Dlatego takie obiekty, podobnie jak narowiste konie,
mają swoje "zagrania", nie używają racjonalnie swoich
mocy, potrafią kogoś lubić lub nieznosić, są stronnicz